W tym szaleństwie jest metoda

Zanim zacząłem wystukiwać kolejny wpis, kolega zapytał mnie czy tym razem mógłbym napisać o czymś innym niż o następnej młodej polskiej wokalistce spod znaku nowej fali alternatywy. Pomimo iż zapewne i tak go nie usatysfakcjonuję, bo kolejny wpis nie będzie dotyczył ani kosmosu, ani łazika na Marsie (a nie napiszę o tym nawet gdyby NASA wydało płytę), zmienię temat, żeby nie zanudzić na śmierć sympatyków astronautyki.

Jakiś wiek temu Mark Twain stwierdził, że zdrowie psychiczne i szczęście nigdy nie idą w parze. Więcej powiem – nie dobierają się też w pary z wrażliwością artystyczną, a już na pewno nigdy nie widziano ich w trójkę. Każdy szanujący się Kopernik wiedział o ludzkich skłonnościach do tytułowania geniuszy wariatami, a wszelkie komplementy prawione im były zaledwie pośmiertnie. Dziś sprawa wygląda dokładnie odwrotnie, nieśmiało wysnuwam więc tezę, że szaleńcem jest dziś ten, kto się do swojego szaleństwa publicznie przyznaje.

I tak jest z Michaelem Angelakosem z Passion Pit. Moment przed premierą krążka Gossamer lider zespołu oświadczył fanom, że musi podreperować swoje zdrowie psychiczne. Jakkolwiek by ono nie było w czasie nagrań nadszarpnięte, efekt wyniesiony ze studia jest conajmniej zadowalający. Fani się rozpływają, recenzenci twardzi jak lód, płytę przyjęli z mieszanymi uczuciami. Prawdą jest, że nie raz i nie dwa chłopaki z Passion Pit potrafią jednym riffem w połowie potencjalnego hitu zdjąć uśmiech z twarzy słuchacza. Mimo to, nikt nie odważył się zaprzeczyć jakoby na krążku nie było kawałków, które przywracają pozytywny grymas twarzy. Tylko jak taką muzykę zamknąć w pudełku?

Angelakos znał jednego człowieka, któremu pozwolił wejść w swoją głowę i wynieść z niej najcenniejsze pomysły na okładkę. Tym człowiekiem jest Mark Borthwick, brytyjski fotograf mody, chociaż w jego przypadku nad dodaniem słowa „moda” trzeba się poważnie zastanowić. Jego fotografie wygrywają niekonwencjonalnością w tej dziedzinie, od lamp studyjnych Borthwick zdecydowanie bardziej preferuje najjaśniejszą gwiazdę naszej galaktyki. W zasadzie wszystkie jego zdjęcia to wypadkowa bezpośredniego spotkania słońca z soczewkami obiektywu.

  


Wraz z Angelakosem stworzyli serię okładek – nie wiadomo dokładnie czy jeden trzymał, a drugi przyciskał, czy może trzymał i przyciskał ten pierwszy, a drugi rozmawiał przez telefon – nieważne. Efektem jest wyjątkowo spójny zestaw obrazów solidnie przefiltrowanych przez emocje, okładka albumu i trzech singli. Wszystkie znakomicie korespondują z dźwiękami, są wręcz sztuką epistolografii w projektowaniu dla muzyki, każda jest też opatrzona adekwatną typografią, częściowo pisaną ręcznie.

Projekt jest głośniejszy niż 70 decybeli, niestety podjęto fatalną decyzję o zamknięciu go w zwykłe plastikowe pudełko jewel case, które tłumi cały oniryczny charakter okładki. Ja też długo przekonywałem się do digipacków, ale przyznaję, pod względem estetyki papier zdecydowanie wygrywa z plastikiem. Samemu Michaelowi Angelakosowi życzę szybkiego powrotu do zdrowia, chociaż jeśli szaleństwo motywuje powstawanie tak pozytywnej muzyki, to może szpital psychiatryczny wcale nie jest tutaj potrzebny?


Passion Pit

Gossamer

by M. Borthwick & M. Angelakos
70 dB
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
ale@decybeledizajnu.com